niedziela, 15 marca 2015

Codziennie

"Piętnaste piętro od innych pięter różni się w sensie emocjonalnym: nie było ani mniej, ani bardziej przyjemne, ale należało do niego. Było jego jaskrawą, suchą, codzienną udręką, jego miernikiem monotonii. Nauczyło go nowego sposobu dzielenia dnia: prawie pora, by zejść na dół na kawę; prawie pora, by pójść na lunch; prawie pora, by wracać do domu, i Frank nabrał zwyczaju polegania na beznadziejnie marnowanych godzinach, które oddzielały od siebie owe rozkosze, tak jak inwalida polega na pewności, że ból powróci."

"Jakże mali, schludni i komicznie poważni wydawali się inni mężczyźni z plamami siwizny na krótko ostrzyżonych włosach, w zapiętych pod szyję koszulach, spiesznie stawiający kroki! Teraz niekończącą się rzeką ciał wypływali ze stacji na ulice, a za godzinę znieruchomieją. Biurowce w śródmieściu połkną ich, uwiężą, zaglądanie nad kanionem ulicy z jednego wieżowca do drugiego będzie jak zaglądanie do cichego insektarium, w którym setki małych różowych ludzików w białych koszulach nieustannie przerzucają papiery i ze zmarszczonym czołem mówią do słuchawki telefonu, odgrywają swój namiętny głupi show pod obojętnie przesuwającymi się po niebie wiosennymi obłokami."

Yates Richards Droga do szczęścia

Cichy, zimny świat

"Zanim śnieg się stopi, pozostaje to bezpieczne ciepło w hytcie, które Norwegowie nazywają kos, a wymawiają <>. Kus oznacza wszystko, co kojarzy się z domem, ciszą, smacznym jedzeniem i miłością. Jak uczucie, kiedy wchodzi się z zimnego do domu, gdzie pchnie kąpielą i miękką skórą. To jest o wiele więcej niż przytulnie."

"Popołudniowy księżyc oświetla wspaniały widok na wejście do Isfjordu i ten niemy pierdolnik przysypany śniegiem. Można tu krzyczeć do woli."


Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen.

Varga

"Nostalgia jest fundamentem, na którym buduje się węgierska tożsamość. Nostalgia za czasami wielkości, choć zbyt często była to wielkość iluzoryczna. Trudno jednak na nieuleczalnym smutku za stratą zbudować tożsamość inną niż nieszczęśliwa. Węgrzy zawsze będą więc nieszczęśliwi. Będą siedzieć, zajadać pórkólt, popijać palinką i tęsknić - jak to melancholicy, nie do końca wiedząc, za czym tak naprawdę tęsknią."

Gulasz z Turula

"Budapeszt od jakiegoś czasu oznacza dla mnie powtarzalność rytuałów, coraz wyraźniej widzę że nie pożądam nowości, że chcę jedynie chodzić starymi ścieżkami, jeść dania, które jadłem już nieraz i pić froccsa w tych knajpach, w których już nieraz froccsa piłem. Budapeszt w jakiś dziwny sposób kastruje mnie z potrzeby odkrywania czegokolwiek nowego. Budapeszt jest jak kolekcja pamiątek, które wyjmuje się z kuferka, ogląda, bawi się niemi, a potem znów odkłada na miejsce, ale nie sposób się ich pozbyć, bo wtedy pozbyłoby się części samego siebie."

Czardasz z mangalicą

Stasiuk

"To nas kusiło, ponieważ życie składa się raczej z okruchów teraźniejszości, które zapadają w pamięć, i tak naprawdę tylko z tego składa się nasz świat."

"W Szerencs na dworcu pachniało czekoladą, ponieważ zaraz obok była największa na Węgrzech czekoladowa fabryka. Popijając piwo, palinkę i kawę, zastanawialiśmy się co dalej. Po prostu rozkład jazdy zawierał zbyt wiele możliwości, a intuicja chwilowo przycichła."

"Stałem w tej nadprzyrodzonej ciszy, paliłem papierosa i myślałem, że tak powinny wyglądać wszystkie poranki świata: budzimy się w absolutnym spokoju, w bezludnym obcym mieście, w którym zatrzymał się czas, i wszystko wokół wygląda jak dalszy ciąg snu."

"Dobrze jest przyjechać do kraju, o którym prawie nic się nie wie. Myśli wtedy cichną i stają się bezużyteczne. Wszystko trzeba zaczynać od nowa. W kraju, o którym prawie nic się nie wie, pamięć traci sens. Można porównywać kolory, zapachy albo jakieś nieokreślone wspomnienia. Zycie robi się nieco dziecięce i trochę zwierzęce. Rzeczy i zdarzenia coś przypominają, ale koniec końców nie stają się czymś więcej, niż są w istocie. Zaczynają się dokładnie tam, gdzie je zauważamy, i zaraz zanikają, przesłonięte następnymi. Tak naprawdę pozbawione są znaczenia. Składają się z pierwotnej materii, która dotyka wprawdzie naszych zmysłów, ale jest zbyt lekka, zbyt delikatna, by mogła nam dać jakąś nauczkę."

"To właśnie nie daje mi spać, to pragnienie, by w końcu się dowiedzieć, jaki jest los tych wszystkich obrazów, które przeszły przez moje źrenice i zostały w umyśle, co dzieje się z nimi, gdy mnie już tam nie ma, czy zabrałem je na zawsze, unieruchomiłem we własnej głowie, i będą już ze mną do końca, odporne na zmiany pór roku i pogody."


"Czasami wstaję nad ranem, żeby popatrzeć, jak rzednie ciemność i powoli ukazują się rzeczy, drzewa i reszta pejzażu. W dole słychać rzekę i koguty we wsi. Światło świtu jest zimne i niebieskie. Wypełnia powoli świat, i tak samo dzieje się we wszystkich miejscach, w których byłem. Ciemność blednie w gminie Sękowa, w mieście Sulina na skraju dunajskiej Delty i wszędzie, gdziekolwiek czas składa się z dnia i nocy. Piję kawę i wyobrażam sobie brzask gdzie indziej."

"Teraz natomiast błąkaliśmy się w poszukiwaniu noclegu w plątaninie dróg i nie chciało nam się zwalniać, więc błękitne tablice z nazwami miejscowości odczytywaliśmy pobieżnie i z tym przyjemnym zdziwieniem dla języka węgierskiego, który sprawia, że podróż wymyka się geografii i zaczyna biec śladem baśni albo legendy w stronę dzieciństwa, gdy brzmienie i muzyka słów brały górę nad sensem."

"Zawsze gdy wracam, mam pełne kieszenie monet i nigdy nie pozbywam się ich do końca, ponieważ wierzę w czereśniacką magię, która sprowadzi mnie na powrót w te wszystkie miejsca chociażby po to, by coś jeszcze kupić za ten drobiazg."

"Tak właśnie działa pudełko po butach i mój umysł jak papuga wyciągający losy na loterii. Tak działa blaszana puszka po wódce absolut, laterna magica zbiegów okoliczności, przypadków i przygód składających się w opowieść, która toczy się we wszystkie strony i nie może potoczyć się inaczej, ponieważ dotyczy pamięci i przestrzeni, a one przecież zaczynają się w dowolnym momencie i nigdy nie kończą. Wystarczy pojechać do Koniecznej, by się o tym przekonać. Wystarczy wyjechać i wrócić po tygodniu albo dwóch, by dostrzec, że czas jest nieco martwy, że oczekiwał na nasz powrót, wcale nie zabraliśmy go ze sobą, i wszystko, co działo się w podróży, działo się równocześnie, bez następstwa, bez kolejności, i wcale się nie zestarzeliśmy. To takie złudzenie nieśmiertelności, gdy unoszą się biało-czerwone szlabany, cwana odmiana tai-chi, czyli medytacji w ruchu, i w końcu, bądźmy szczerzy, najzwyklejsza ucieczka."

Jadąc do Babadag


"Przychodzi mi do głowy, że człowiek powinien się rodzić w takim krajobrazie, spędzać w nim dzieciństwo i potem go opuszczać, by wiedzieć, co znaczy utracona miłość."

"To jest bezmierna melancholia strefy umiarkowanej. To jest środkowoeuropejski spleen czterech pór roku, gdy zimne bez przerwy zamienia się w ciepłe, mokre w suche, a jasne w zachmurzone, a potem odwrotnie i tak do samej śmierci, bez żadnej nadziei na odmianę. To jest smutek Słowiańszczyzny, gdzie gdy coś się zaczyna, to zaraz się kończy albo zmienia we własne przeciwieństwo i żadna ostateczność nie jest ostateczna."

"My tymczasem żyjemy jak na wulkanie. Zwłaszcza teraz, w marcu, gdy jesteśmy u kresu sił fizycznych oraz umysłowych. Wszyscy na wschód od Łaby powinni dostawać prozac. Nigdy nie byliśmy chrześcijanami ani monoteistami, ani nawet agnostykami. Do tej pory jesteśmy czcicielami słońca, jesteśmy poganami i jeśli coś naprawdę nami rządzi, to właśnie zmiany pogody. Wyże i niże baryczne."

"I jeszcze nieruchomy wzrok starych kobiet siedzących przed swoimi domami. One wyglądają tak, jakby widziały całą przeszłość i znały przyszłość. Mężczyźni mogą się różnić, ale stare kobiety są wszędzie takie same. Tutaj w Polsce, na Słowacji, na Węgrzech, na Bałkanach. Siedzą w swoich wdowich czarnych sukniach i chustkach i patrzą wskroś czasu."

Nie ma ekspresów przy żółtych drogach